Serwis rowerowy

Do kościoła należy jeździć rowerem. Podobnie w sprawach związanych z naprawą samochodu.

Jakiś czas temu warsztaty OK Serwis zrzeszone przez dystrybutora części Inter Team zaproponowały klientom (bezpłatnie) rowery zastępcze na czas naprawy. Dobry pomysł*.

* Wiele rzeczy na CarAtelier ujęte jest w ramy żartu (i w tym wpisie też nie zamierzam być do końca serio), ale teraz poważnie: bicyklową inicjatywę uważam za szlachetną i trafioną oraz wartą naśladowania.

Wsiąść do roweru byle jakiego

Kiedy pracowałem w koncernie motoryzacyjnym, problemem były samochody zastępcze dla klientów serwisu. I często ich (tych pojazdów, nie klientów) w niejednej ASO brakowało. Przynajmniej brakowało ich dla kierowców, nawet za pieniądze, mimo że obowiązkowa tablica pokazywała, iż owszem, są. I że można za nie zapłacić. Za to były dostępne, zwykle dla syna właściciela lub szefa sprzedaży, albo na okoliczność wyjazdów na szkolenia (także te z obsługi klienta oraz dostępności pojazdów zastępczych).

Mimo rosnącej mody na jazdę na bicyklach (i na rowery miejskie!), na razie dość małe jest prawdopodobieństwo, że właściciel warsztatu będzie wywijał codziennie na rowerze. Na przykład aby pojechać z Wrocławia do Warszawy na owo szkolenie.

Rośnie więc szansa na to, żeby klient miał się czym wyrwać z serwisu na czas naprawy, choćby do najbliższej galerii handlowej i nie czekać w warsztacie, gdzie często nie ma gdzie usiąść bądź jest zimno lub po prostu nieprzyjemnie. Tym bardziej, że wypożyczane rowery są często wyposażone w bagażniki i kosze zakupowe, więc można ruszyć na zakupy zwiększając dochody państwa z podatku VAT.

Pedałowanie ma także inne korzyści. Oczywiste jest spalanie kalorii oraz wyrabianie kondycji. Także podziwianie miejskich lub wiejskich krajobrazów. Wdychanie smogu oraz jazda w deszczu czy śniegu już niekoniecznie, ale można się poświęcić, wykorzystując również…

 

…rower w służbie kościoła.

Nie wiem jak Państwo, ale ja staram się parkować samochód z dala od wejścia do wszelkiego rodzaju galerii handlowych, podczas gdy spora rzesza narodu lubi wjechać pod samo CCC albo Jysk. Nie przeszkadzam innym spieszącym się zwiększać dochody budżetu, a im dalej, tym luźniej, no i mniej ryzykuję porysowanie auta, a dodatkowo mogę się przespacerować na (nie)świeżym powietrzu.

Tymczasem w Polsce… Niektórzy nie tylko do CCC podjeżdżają jak do McDrive’a. Są na przykład tacy żarliwi w wierze, co jakby mogli, to i eucharystię przyjmowaliby zza kierownicy. Ale ponieważ kościół nie wprowadził jeszcze usługi McKościół’s, to na razie wierni parkują tuż przed świątynią, całkowicie blokując chodnik. Nie tam, że zostawią piętnaście centymetrów na przejście. Dawaj spóźnialski bracie w wierze, zapodawaj ruchliwą ulicą albo grząskim trawnikiem, uwalaj sobie świątecznie przetarte obuwie, skoroś nie przyjechał pół godziny wcześniej oczekiwać kapłana w niedzielnej zadumie…

Pamiętam szczenięce czasy, gdy samochodów było jednak dużo mniej, a rowery były popularne wśród seniorów, czyli protoplastów hipsterów. Wówczas oni, dojeżdżający kilka kilometrów z wiosek do kościoła znajdującego się w większej wsi, na podwórku mojej babci zostawiali swoje damki (łatwiej wsiadać), by nikt ich nie ukradł. A potem szli te 200 metrów się pomodlić. Gdyby pozostawili rower zaraz przy wejściu do świątyni, to po powrocie z klęczek już by go nie znaleźli, przynajmniej w takim samym stanie. Już tam by się o to zatroszczyli inni żarliwi parafianie spod pobliskiej gospody. No ale samochodu jeden z drugim boi się dotknąć, więc i chodnik bezkarnie blokować można.

Dlatego postuluję, by do kościoła jeździć rowerem. Księdzu! Księże! A weźże zaapeluj z ambony o to i o chodnik dla pieszych!

 

[FM_form id=”1″]

Autor: Maciek

Podziel się tym postem na
Show Buttons
Hide Buttons